Wspomnienia

•wrzesień 19, 2009 • Dodaj komentarz

Poniższa notka nie będzie o Ubuntu. Ostatnio nauczyliśmy się ze sobą żyć – ja i mój pryszczerski OS – frustracje, które kanalizowałam na tym blogu, poszły w niepamięć. To już dość długi związek, ale wciąż waham się, czy nie zostawić i mojego niedorobionego systemu, i mojego kiepskiego laptopa dla jakiegoś gustownego, szpanerskiego maczka. Może się jeszcze wstrzymam; muszę sobie zostawić jakieś opcje na kryzys wieku średniego.

Dziś dzień obciachowej muzyki sprzed lat. Włączyłam Prodigy. Nawet się da tego słuchać, choć nie wiem zupełnie, jak mogło mi się to kiedyś na dłuższą metę podobać. W każdym razie teraz Prodigy jest zajebiste ze względu na całą masę wspomnień, jakie mam z tą muzę. Trochę z nich jest “komputerowych”, więc postanowiłam je tu wrzucić.

Rok 1997. Indusia jest jeszcze nastolatką, choć właśnie odebrała dowód osobisty. Z naszej paczki komputer mam tylko ja i mój chłopak. Niewyobrażalne dla współczesnych dzieciaków neo? Chyba tak.  Internet był dobrem megaluksusowym. Po raz pierwszy zobaczyłam komputer z dostępem do Internetu właśnie w 1997 albo 1996, w pracowni Wydziału Zarządzania na UW, gdzie studiował mój ówczesny chłopak. Pierwsze słowo, jakie wpisałam w przeglądarkę (cholera, nie pamiętam jaką, pewnie na onecie), to “marijuana”.

Czasy mojego wejścia w świat komputerów to okres, kiedy piraci nie ściągali gier i muzy z Internetu, tylko kupowali płyty na giełdzie komputerowej  (jeszcze na Grzybowskiej, a nie przy Stodole).  W ogóle te zakupy na Grzybowskiej to był niezły hardcore. Jeździło się zawsze w sobotę, żeby na wypadek, gdyby handlarz wcisnął jakiś szrot, można było takiego kupca dorwać w niedzielę. Brodziło się błocie po kolana. Często chłopaki zostawiali mnie w samochodzie, żebym im nie marudziła i przy okazji pilnowała auta (przed złodziejami i kierownikami, którzy za złotówkę oferowali stróżowanie).

Po przedpołudniu na giełdzie było popołudnie małego składacza. Wkładanie podzespołów, sprawdzanie, który szwankuje, taktowanie procesora, kombinowanie z chłodzeniem. Później można było już grać (o ile faktycznie wszystkie zakupy okazały się sprawne). Pięć-sześć osób na jednym komputerze. Macie pojęcie, ile wtedy trwało np. rozegranie partyjki HOMAM na jakieś niedużej mapie? Albo przejście Diablo, jeśli za każdym razem, gdy dałeś się zabić, musiałeś ustąpić miejsca koledze, który czekał na swoją kolej do kompa z niecierpliwością pięciolatka?

A czemu przypomniało mi się to wszystko (i o wiele więcej) przy okazji Prodigy? Bo kiedyś godzinami graliśmy w  Quake’a (zrzuconego oczywiście na dysk), który domagał się płyty w napędzie. Padło na Prodigy. Jedna piosenka na poziom. Wdrukowane w podświadomość.

10.000

•maj 29, 2009 • Dodaj komentarz

Niedawno licznik odwiedzin pokazał 10 000.

Ciekawe, jak się zapisuje to w systemie zero-jedynkowym.

Trochę mam wyrzuty sumienia, bo część osób trafia tutaj zapewne w poszukiwaniu informacji, a nie moich narzekań. Kiedyś miałam wielkie plany związane z tym blogiem; czas, a raczej jego brak, zweryfikował je bezlitośnie.

Dopóki jednak Ubuntu jest moim podstawowym systemem (a będzie tak, niestety, jeszcze przynajmniej przez miesiąc), nie mam zamiaru usuwać tego bloga. Musi być jakiś wentyl bezpieczeństwa dla sfrustrowanej użytkowniczki.

Chciałam podziękować wszystkim zaglądającym tutaj, komentującym, dającym dobre rady. Czasem nawet okazywały się one pomocne. :)

A tym wszystkim, których komentarzy nie przepuściłam, polecam forum Onetu. :)

Dość

•kwiecień 27, 2009 • 6 komentarzy

Linux – jak wszystko, co jest za darmo – jest niewiele warte. Ba, normalnemu użytkownikowi przynosi on jedynie straty. Czasu, nerwów, a czasem pieniędzy (bo dla normalnych ludzi – nie pryszczersów – czas to pieniądz).

“Uprgade” Ubuntu sprawił, że mój domowy komputer stał się właściwie bezużyteczny. Nie mogę odtwarzać filmów, nie mogę wykorzystać Amaroka do wgrania muzyki do mojego iPoda… Owszem, mogę stracić kilka godzin na guglanie i rozwiązanie każdego z tych problemów, ale tak się składa, że chodzę do pracy, a nie do szkoły i nie mam wolnych popołudni, które mogłabym poświęcić na walczenie z niedoróbkami jakichś pożal się Boże deweloperów czy jak się tam nazywają ci kretyni, którzy róbią gówniane aktualizacje rozpieprzające wszystko.

Mówię dość i jutro kupuję sobie Windows XP Home. Albo zastanowię się nad odpowiednim sprzętem pod Vistę. Albo kupię MacBooka. W każdym razie nigdy więcej żadnych darmowych systemów. Darmowy to można sobie zainstalować program do pobierania napisów, ale nie system, który ma mi służyć i nie robić głupich numerów.

I proszę bez tekstów o tym, że “mogłam nie apgrejdować”. Liczyłam na ulepszenia, a nie na użeranie się z gównem. A skoro filozofia Linuksa ma się sprowadzać do tego, że jak coś działa, to lepiej nie ruszać, to ja dziękuję za taką filozofię.

Jaunty Jackalope, czyli ni pies, ni wydra

•kwiecień 26, 2009 • 1 komentarz

Jaunty Jackalope jest równie beznadziejny, jak jego nazwa.

Co prawda najnowsza wersja KNode nauczyła się już zawijać linie po zadanej liczbie znaków, ale to chyba jedyny plus, jaki zauważyłam w tym wydaniu Ubuntu.

Mam za to megaproblem z odtwarzaniem filmów. Bez względu na to, jakim programem próbuję odtworzyć film, prędzej czy później system się zawiesza i wyrzuca mi stronę logowania do systemu.

Ratunku!!!

Internet i jego użytkownicy

•luty 1, 2009 • 2 komentarzy

Notka co prawda nie będzie o Ubuntu, ale w końcu to mój blog i mogę pisać, co mi się podoba.

Jako osoba starannie wykształcona, która dużą wagę przywiązuje nie tylko do tego, co ktoś pisze, lecz także do tego, jak pisze, stwierdzam, że większość polskich użytkowników Internetu to analfabeci. W najlepszym razie są na bakier z interpunkcją – albo w ogóle nie stawiają przecinków, albo stawiają, gdzie popadnie, albo dają spację między wyrazem a znakiem zapytania, albo nie dają ich w ogóle po znakach przestankowych (to ostatnie to chyba jakiś kretyński z czasów, kiedy SMS-y były drogie). W najgorszym zaś przypadku debile w ogóle nie umieją sklecić najprostszego zrozumiałego zdania, nie mówiąc już o poprawnym zapisaniu go.

Coraz częściej ci analfabeci posługują się filmikami, co w sumie jest zrozumiałe, choć drażniące. Zwłaszcza irytuje mnie, kiedy zaczynają w ten sposób postępować ludzie, których uważałam za inteligentnych. Kto normalny ogląda na youtube wypowiedzi jakichś nudnych polityków, skoro ten sam tekst zapisany można by przeczytać pięć razy szybciej?  Przecież chyba nie dla walorów estetycznych – co ciekawego w gadającej głowie?

Ludzie nie piszą już e-maili, ograniczają się do “rozmów” na GG, które swoim wyrafinowaniem przypominają komunikację neandertalczyków.

Od tygodnia czytam grupy i różne fora dyskusyjne i mam dość. Nawet nie chce mi się pisać do tych troglodytów. 99 procent wszystkich komentarzy na popularnych portalach (i nawet nie mówię o Pudelku czy Onecie) roi się od błędów. To przerażające.

I jeszcze te wszechobecne apostrofy. Jak jeszcze raz zobaczę Davies’a zamiast Daviesa albo SMS’a zamiast SMS-a, to kogoś zabiję.

Najgorsze jest to, że gros tych analfabetów to jacyś studenci, uczniowie. Zresztą nauczyciele nie są lepsi. Ci życiowi nieudacznicy, którzy nie dość, że nigdy nikogo niczego nie nauczyli, to sami są zwykłymi półgłówkami, dostają jakieś pomostówki? ZA CO? Do kopania rowów! Albo na zmywak do Chin.