Poniższa notka nie będzie o Ubuntu. Ostatnio nauczyliśmy się ze sobą żyć – ja i mój pryszczerski OS – frustracje, które kanalizowałam na tym blogu, poszły w niepamięć. To już dość długi związek, ale wciąż waham się, czy nie zostawić i mojego niedorobionego systemu, i mojego kiepskiego laptopa dla jakiegoś gustownego, szpanerskiego maczka. Może się jeszcze wstrzymam; muszę sobie zostawić jakieś opcje na kryzys wieku średniego.
Dziś dzień obciachowej muzyki sprzed lat. Włączyłam Prodigy. Nawet się da tego słuchać, choć nie wiem zupełnie, jak mogło mi się to kiedyś na dłuższą metę podobać. W każdym razie teraz Prodigy jest zajebiste ze względu na całą masę wspomnień, jakie mam z tą muzę. Trochę z nich jest “komputerowych”, więc postanowiłam je tu wrzucić.
Rok 1997. Indusia jest jeszcze nastolatką, choć właśnie odebrała dowód osobisty. Z naszej paczki komputer mam tylko ja i mój chłopak. Niewyobrażalne dla współczesnych dzieciaków neo? Chyba tak. Internet był dobrem megaluksusowym. Po raz pierwszy zobaczyłam komputer z dostępem do Internetu właśnie w 1997 albo 1996, w pracowni Wydziału Zarządzania na UW, gdzie studiował mój ówczesny chłopak. Pierwsze słowo, jakie wpisałam w przeglądarkę (cholera, nie pamiętam jaką, pewnie na onecie), to “marijuana”.
Czasy mojego wejścia w świat komputerów to okres, kiedy piraci nie ściągali gier i muzy z Internetu, tylko kupowali płyty na giełdzie komputerowej (jeszcze na Grzybowskiej, a nie przy Stodole). W ogóle te zakupy na Grzybowskiej to był niezły hardcore. Jeździło się zawsze w sobotę, żeby na wypadek, gdyby handlarz wcisnął jakiś szrot, można było takiego kupca dorwać w niedzielę. Brodziło się błocie po kolana. Często chłopaki zostawiali mnie w samochodzie, żebym im nie marudziła i przy okazji pilnowała auta (przed złodziejami i kierownikami, którzy za złotówkę oferowali stróżowanie).
Po przedpołudniu na giełdzie było popołudnie małego składacza. Wkładanie podzespołów, sprawdzanie, który szwankuje, taktowanie procesora, kombinowanie z chłodzeniem. Później można było już grać (o ile faktycznie wszystkie zakupy okazały się sprawne). Pięć-sześć osób na jednym komputerze. Macie pojęcie, ile wtedy trwało np. rozegranie partyjki HOMAM na jakieś niedużej mapie? Albo przejście Diablo, jeśli za każdym razem, gdy dałeś się zabić, musiałeś ustąpić miejsca koledze, który czekał na swoją kolej do kompa z niecierpliwością pięciolatka?
A czemu przypomniało mi się to wszystko (i o wiele więcej) przy okazji Prodigy? Bo kiedyś godzinami graliśmy w Quake’a (zrzuconego oczywiście na dysk), który domagał się płyty w napędzie. Padło na Prodigy. Jedna piosenka na poziom. Wdrukowane w podświadomość.

Najnowsze komentarze